A może edukacja domowa?

A może edukacja domowa?

Umiesz albo jeszcze nie umiesz, świadectwa nie zobaczysz i jak chcesz, to idź do szkoły, a jak wolisz, to zostań w domu… O własnym stylu domowej edukacji oraz jej największych korzyściach i wyzwaniach opowiada Ula Bartnikowska, matka z wieloletnim doświadczeniem w homeshoolingu, pedagog i zwolennik edukacji alternatywnej. Z tego wywiadu dowiecie się między innymi, czy edukacja domowa przypomina to, z czym mamy obecnie do czynienia i czy to forma odpowiednia dla każdego?

edukacja domowa

Dzieci w tej chwili mają – córka 14 lat, syn 13. Edukację domową zaczęliśmy w chwili, kiedy Nina miała pójść do szkoły, czyli od samego początku szkoły podstawowej. Ale nie jest to ciągle ta sama forma edukacji, bo nasze dzieci za każdym razem mogły zadecydować, czy chcą być w edukacji domowej czy pójść do szkoły. Kacper zadecydował w trakcie roku szkolnego w trzeciej klasie, że chce spróbować bycia w szkole, jednak uczęszczał do niej tylko przez miesiąc i zmienił zdanie. Córka była w szkole przez drugi semestr w klasie 6 i na początku klasy 7. Niestety to drugie okazało się negatywnym doświadczeniem, wtedy kolejna szybka zmiana i powrót do edukacji domowej okazało się ratunkiem. Mamy więc kilkuletnie doświadczenie w tego typu edukacji.

edukacja domowa

Dlaczego zdecydowaliście się na edukację domową?

To była przemyślana bardzo decyzja, poprzedzona poszukiwaniem różnych informacji, odpowiedniej szkoły, innych osób, które miały tego typu doświadczenia. Ale myślę, że ważne jest to, dlaczego w ogóle zaczęliśmy poszukiwać jakiejś alternatywnej ścieżki. Było to spowodowane faktem, że jako pedagog znam realia typowej szkoły, a jako rodzic znam potrzeby swoich dzieci. Szczególnie trudna była dla mnie świadomość, że przeciętna szkoła niekoniecznie zaspokoi potrzeby dzieci. Wcześniej mieliśmy czas dużej „inwestycji” w relację z dziećmi, w związku z czym pojawił się u mnie lęk, że pewne z trudem wypracowywane przez nas – rodziców elementy ich funkcjonowania mogą zostać bardzo łatwo zaprzepaszczone. I pojawiło się pytanie: czy to jest konieczne? Odpowiedź była negatywna. W takiej sytuacji można wykorzystać edukację domową.

Czy edukacja domowa przypomina obecne nauczanie zdalne?

Niekoniecznie. To co jest wspólne, to bycie razem, bycie blisko siebie przez dłuższy czas, codzienne wchodzenie w dłuższe i głębsze relacje… Z jednej strony jest to coś pozytywnego, z drugiej – rodzi dużo różnych napięć. Dzięki wcześniejszym doświadczeniom, pod tym względem było nam naprawdę łatwo. Mamy już pewne mechanizmy radzenia sobie z różnymi trudnymi sytuacjami w rodzinie. Ale kompletnie inne od wcześniejszy doświadczeń „edukacji domowej” było…. siedzenie w domu. Nigdy wcześniej nie przebywaliśmy tyle czasu w domu!

nauczanie domowe

„Edukacja domowa” w uregulowaniach prawnych nazywana jest „edukacją pozaszkolną”. Zawsze podkreślałam to, bo to ma głęboki sens (przynajmniej w naszej rodzinie). U nas ten typ edukacji był niezwykle mobilny. Bardzo dużo czasu spędzaliśmy w różnych miejscach: podwórko, las, muzea, biblioteki, uczelnia, domy innych dzieci edukowanych pozaszkolnie…. Dzieci uczyły się w tych miejscach i od różnych osób, które mogły być nauczycielami, innymi rodzicami, pasjonatami… Kontakty społeczne były więc też znacznie bogatsze nie tylko w porównaniu do obecnego czasu kwarantanny, ale też w porównaniu z innymi dziećmi, które na co dzień uczęszczały do szkoły, czyli przedpołudnia spędzały w klasie szkolnej w określonej grupie, a po południu miały lekcje do odrabiania (my popołudnia przeznaczaliśmy na różnorodne zajęcia dodatkowe – nasze dzieci mają bardzo bogate doświadczenia pod tym względem właśnie dlatego, że nie musiały odrabiać prac domowych).

Największa korzyść i największe wyzwanie edukacji domowej według Ciebie to…

Największa korzyść to – z mojej perspektywy – relacje z dziećmi. Z perspektywy dzieci zyskiem na pewno jest duża otwartość na różnorodność, otwartość na ludzi, znajomość własnych mocnych i słaby stron, czas na realizację swoich pasji, rozwijanie się wg własnego wewnętrznego wzorca, a nie wg narzuconych przez szkołę schematów, ciekawość świata, chęć i umiejętność zadawania pytań, uczenie się dla siebie, a nie dla ocen, umiejętność myślenia niestandardowego, twórczego, krytycznego… Korzyści jest naprawdę mnóstwo. Chcę zwrócić szczególną uwagę na ocenianie. Nasze dzieci nie dostawały ocen. Zdawały egzaminy, ale prosiliśmy, żeby nauczyciele nie informowali o ocenach. My też nie pokazywaliśmy im świadectw. Miało to bardzo duże znaczenie w procesie uczenia się, jak uczyć się dla siebie, a nie dla innych. Nasze dzieci zamiast ocen dostawały dwa rodzaje informacji: „umiesz” albo „jeszcze nie umiesz” (w szkole to drugie zwykle oznacza, że uczeń dostaje jedynkę i…. może na tym poprzestać). Kiedyś nasza córka chodziła na pozalekcyjne zajęcia, na których osoba prowadząca chciała zmotywować uczestników do pracy i powiedziała, że da im oceny za wykonanie czegoś. Efekt był taki, że Nina wróciła do domu i powiedziała: „Jak się tego nie nauczę, to dostanę złą ocenę. Jedynkę albo piątkę. Nie wiem, która jest zła” (dziwne, że ważniejsze było to, która ocena jest „zła”…).Drugie zdarzenie, które mi się kojarzy w tym temacie dotyczy wizyty w poradni psychologiczno-pedagogicznej. Kacper miał tam w czasie badań narysować człowieka w deszczu. Jego rysunek był niezwykle bogaty w szczegóły. Ten człowiek oprócz tego, że był w deszczu i trzymał parasol, to dodatkowo ciągnął jeszcze wózek z lodami, który też miał parasol. Pani psycholog była zachwycona jego niestandardowym sposobem myślenia i widziała w tym efekt uwolnienia od szkolnego prowadzenia. Takie niestandardowe myślenie pewnie jest dostępne każdemu dziecku, ale wejście w system oceniania powoduje, że dziecko zaczyna się zastanawiać, co zrobić, by być dobrze ocenionym. A to hamuje swobodę wyrażania siebie.

Największym wyzwaniem jest zorganizowanie czasu i przekazanie odpowiedzialności za naukę dzieciom. To drugie wymaga rzeczywistego uznania, że to dziecko uczy się dla siebie i powinno jak najwcześniej to zrozumieć. U mnie to było ciągłe zmaganie się, bo przecież w czasie egzaminów (takie egzaminy dzieci zdają raz w roku z niemal wszystkich przedmiotów) nauczyciele oceniają też rodzica, który wg prawa ponosi odpowiedzialność. A mi chodziło o to, żeby jednak odpowiedzialność leżała po stronie dziecka. I to było najtrudniejsze z mojej perspektywy, bo trzeba być odpornym na ewentualne ocenianie „zdolności nauczycielskich” rodzica. Trzeba było się na to uodpornić. Uodpornić się też trzeba na reakcje otoczenia. Mi w tym pomogło jedno krótkie spotkanie z Amerykaninem, który na informację o naszym „homeschoolingu”, powiedział: „O, świetnie, że możecie sobie na to pozwolić! U nas bardzo cenieni są i tacy uczniowie, i ich rodzice”. To mi pokazało kulturową różnicę. U nas edukacja domowa postrzegana jest jako dziwactwo, czasem wręcz jako „krzywdzenie dzieci”, „zamykanie ich w domu”, ale nie jest to dziwactwem, „krzywdzeniem”, „zamykaniem” wszędzie. Wręcz przeciwnie – są takie społeczeństwa, które bardzo ją sobie cenią. 

nauczanie domowe

Jak epidemia wpłynęła na proces edukacji waszych dzieci? Co wymagało zmian, a co nie?

Ten czas epidemii pokazał, jak bardzo dzieci dojrzały. Ostatnio delektuję się tym, jak one potrafią być samodzielne, jak przejęły odpowiedzialność. Jestem tym autentycznie zachwycona. Nie widzę zbyt dużej zmiany w tym, co robiliśmy wcześniej. W tej chwili mamy więcej wsparcia ze szkoły, ale mimo wszystko ważne jest to, że dzieci chcą z tego wsparcia korzystać (a były różne momenty). 

Czy edukacja domowa jest dla każdego?

Myślę, że nie. Nie dlatego, że jest tylko dla wyjątkowych osób, ale dlatego, że stawia przed rodziną pewne wymagania, a nie zawsze każdy może sobie pozwolić na ich spełnienie. Poza tym jeżeli ktoś ma w okolicy świetną szkołę, to uważam, że dobrym pomysłem jest skorzystanie z takiej oferty. Edukacja domowa na pewno może się sprawdzić u osób, które: 1) lubią być ze swoimi dziećmi i przyjmują to jako twórcze wyzwanie; 2) mogą sobie na to pozwolić (czyli np. jeden rodzic pracuje, a drugi może zajmować się edukacją domową, albo jeden z rodziców ma nienormowany czas pracy, albo dziecko jest starsze, świadome własnych celów i przejmuje za siebie odpowiedzialność); 3) dobrze jest mieć wsparcie w otoczeniu, np. akceptację bliższej i dalszej rodziny (wówczas można uzyskać dużo wsparcia w trudnych momentach), mieć dostęp do grupy innych dzieci i rodziców w podobnej sytuacji edukacyjnej (my nawiązaliśmy mnóstwo takich relacji, które okazały się niezwykle wzbogacające); 4) dobrze być odpornym na reakcje otoczenia; 5) rodzic powinien mieć cierpliwość w odnawianiu wiedzy, która już umknęła (ja wiele rzeczy sobie odświeżyłam, wielu nowych też się nauczyłam – było to i jest dla mnie bardzo rozwojowe doświadczenie). 6) i chyba najważniejsze: dziecko zgadza się na tę formę uczenia się – to jest jeden z podstawowych warunków, bo dziecko przymuszone może w którymś momencie zacząć walczyć, co może być trudnym doświadczeniem i dla niego, i dla rodziców – na pewno nie będzie to sprzyjało ani rozwojowi relacji w rodzinie, ani samej nauce. Nasza córka któregoś roku robiła wywiady ze swoimi koleżankami i kolegami przed podjęciem decyzji. Ostatecznie oświadczyła: – Wolę jednak normalną szkołę.Zabrzmiało dosyć poważnie. Już miałam wizję, że w kolejnym roku będę miała więcej luzu i odpoczynku, ale nauczona doświadczeniem zadałam pytanie doprecyzowujące:- Co to znaczy „normalną”?- No, naszą! I wtedy dowiedziałam się, że nawet ja mam inną definicję „normalnej szkoły” niż moje dzieci.

Co możesz powiedzieć rodzicom rozważającym edukację domową?

Pierwsze co mi przeszło przez myśl: niech spróbują! Teraz mamy bardzo komfortową sytuację prawną. Na edukację domową można przejść w każdym momencie roku szkolnego (jak my zaczynaliśmy trzeba było złożyć wszystkie dokumenty w maju w roku poprzedzającym rok szkolny, co znacznie utrudniało podjęcie decyzji) i w każdy momencie dziecko może z powrotem wrócić do szkoły – to jest taki wentyl bezpieczeństwa. I rodzice, i dziecko mogą doświadczyć i jednej i drugiej formy nauki (uczenia się). Może być tak, że w jakimś momencie będzie to odpowiednie dla danej rodziny, a za chwilę inna forma będzie lepsza. Proponuję eksperymentowanie, żeby nie przywiązywać się do jednego rozwiązania, ale poszukiwać, bo dzieci i rodzice mają różne potrzeby w różnych momentach życia. Poza tym zalecam kontakt z innymi osobami, które mają w tym względzie doświadczenia. Wymiana myśli w takiej sytuacji jest bezcenna. 

O wymogach formalnych, potrzebnych do rozpoczęcia realizacji edukacji domowej oraz o zasadch współpracy ze szkołą dowiecie się np. TUTAJ

Jeśli szukasz więcej informacji na ten temat, to polecam blog Izabeli Budajczak, polskiej pionierki edukacji domowej izabudajczak.blog

Przeczytaj rónież: Zabawa w życie i obowiązki dziecka

Dodaj komentarz